W poprzednim poście nazwałam siebie istotą czernofilną, nic się od tamtej chwili nie zmieniło. Nie przeszłam nagłej koloryzacji. Jednak prócz ubrań w kolorze #000000 (informatycy pewnie załapią, o co chodzi), posiadam w swojej garderobie także jaskrawe wyjątki, które uwielbiam wkomponowywać w mroczną scenerię. Tym razem z klasycznego duetu black+white zrobiłam iście wybuchowy trójkąt, wszystko za sprawą sukienki w kolorze koralowym. Ni to pomarańcz, ni to czerwony, za to bardzo wyrazisty i pozytywny.
Co do samej sukienki, to jest to rzecz wybitnie letnia, posiada szereg udziwnień w postaci wycięć na plecach, bandażowych splotów przechodzących misternie w zupełnie niepozorny, casualowy dekolt. Ubranie się w ten węzeł gordyjski wymaga sporej ekwilibrystyki i specjalnie rozpisanego planu działania.
Cała sesja odbyła się w drodze po bułki w pośpiechu i nerwach. Dwóch przechodzących panów tak rozbawił widok mojego fotografa (bo chyba nie mój), że zaczęli odgrywać pantomimę, naśladując jego ruchy i robiąc zdjęcia swoimi wyimaginowanymi aparatami. Istny street performance :)
Kurtka - Topshop
Spodnie, kardigan - H&M
Sukienka - Asos
Buty - Zara
Nie wiem zupełnie, co dzieje się z ogólnoświatową pocztą. Może to ostatki szału świątecznego, ale już nie mogę doczekać się paru przesyłek. Z jednej cieszyłam się szczególnie aż do dzisiejszego ranka, kiedy to na stylio zobaczyłam artykuł o uprzężach. Mam tylko nadzieję , że ten trend nie stanie się się tak popularny jak chociażby tegoroczne kożuszki.
Do następnego ...